– Regina Przysiecka: Bo jo mum pojyńcie, które zaśpiywać. Troche tych piosynek pamiyntum. No to, to to było na weselu, to tak:
łOj, zagrej mi, ty grocyku,
Bo mum rose na buciku,
łO, zagrej, mi ło dy ładnie,
To mi rosa z niego spadnie.
łO, zagrej mi, ło ty graja,
Przyniese ci cztyry jaja,
łO, bym ci je dziś przyniosła,
Tylko mi kura nie zniosła.
To sum takie rozmaite przyśpiywki, no. To sie i przy łoczepinak, i przy nieoczepinach, bo downo takik jak tero, to tam. Już jak tero wnuczka wychodziła, to wyśli do kościo, z kościoła do domu, to już były zaro kolejki, koperty, winkszy nic, tak, już łocepowin niy ma. Ocepowiny to tylko zdymum tyn lump z głowy, bo to przecie już tero sie nazywo lump, bo każdo sie wyśpi dobrze, to, to jaki to może być wionek. Kłozy jyj downo zeżarły.
– [Jak pani nazywa?]
– RP: A lump, kawoł lumpa. No przecie co pani na głowe zawiesi, jak pani niy mo mirty i wianuszka, jak dzieci idum do kumunii świynty, to widzi pani jag jes, wianuszek i idzie cnotliwa mało dziewczynka. A ja tak, ja szłam w porządku. Ja w porządku. Ale dzisiej. A, a moja wnuczka, to, piniundze nojpiyrw zebrała, i zamiast, kochana, prezyntów, słodyczy, to by się rozwalyły łod gorunczki, to były wina dawane. Bo wino w butelce sie nie roztopiło.
– [A na tych pierzakach to co się robiło?]
– RP: Nou, nou to poszły my, pani, skubać piyrze. Pani, jag my skubały, to my skubały, no ale, ale jak chłopoczyska przyszły, to czeba im było przyśpiywać, bo wróble puszczali w piyrze, a piyrze lekie i wiyrzgało nam po łoczach. Pani, bo przecie wiedzum, pod szczechum siedzum przecie wróble na wieczór, gdzieś śpium.
– Leokadia Grąbkowska: Lampke mieli, złapali wróbla, jedyn, albo dwa, albo trzy nawet i wpuścili, a dziewczyny krzyku narobiły, bo, bo w powietrze poszło pierze, no.
– RP: A my, a my sie chichrały, pani, bo. Dobrze num naszykowali jeść, raz, drugi roz, trzeci roz, a już czwarty roz, pani, to było muzyka i do rana tańce były.
– LG: Jeszcze kapela przygrała i tańce były, na koniec.
– [W co się skubało?]
– LG: A skubało się w takie, miały do, donice. Dojynki, dojynki.
RP: Du, dunice, to była tako kamiynna do. Dojynki sie nazywały. Takie dojynki, każdo miała swojum i skubały, i skubały. Ale to były dojynki, bo do dojenia krow, krów? Nie, do dojynia krow to mówiły nie wiaderka, ina szkopki. Dawno mówiły szkopki.
– [A z czego one były?]
– RP: Szkopki to były już polewane, to już były wiadra polewane, ale nie mówiły wiadra, tylko szkopek, bo to dawno tag mówiły.
– LG: Dojynki to były, mleko cedziły i sie zsiadało mleko i potem była śmietana i masło robiły w kierzonkach.
– [A proszę powiedzieć, a chleb robiły panie?]
– RP: My robiły przetaki, chleby. To nie takie za dwa dni nie były skisłe, kwaśne. Prosze panią, ja byłam blisko piykarni. Piekarze piekli co wtorek i co piątek, zrobiłam dwa kołacze, na słomianyk koszyczkak, bo były i, i korzyniowe koszyczki też. Zrobiłam tak: troche kwasu i, troche kwasu, troche drożdży i troche kwaśnego mleka, no. I jak te kołacze przyniesłam, to te kołacze, prosze panią, były cały tydziń. Nie były twarde, nie były spleśniałe, nie były jakieś, bardzo dobre.
– [Na chleb pani mówiła kołacze?]
– RP: Tak, kołacze, bo to były takie duże kołacze, bo to były takie duże bochny. Taki bochyn to jo wiym, ile łun mógł ważyć.
– LG: O, z pięć kilo. Na tydziń starczało.
– RP: Łe, świetnie, łod wtorku do wtorku, bo jo przeważnie we wtorek piekłam. Snerka to było tak: wody troche i mleka, to mój dziadziuź lubił se chleba nakruszyć i mówi, snerkum je.
– LG: U nas mówili smerka inaczej, bo smerka to była tak: nakroili chleba na talerz, i zalali go gotującą wodą, i do tego tłuszczem. Do tego, i rozmieszali z tym, i to sie jadło. Ten chleb się tak rozmoczył, i to sie jadło, to była smerka.
– [Dobre?]
– LG: Bardzo dobre.
– RP: Nie było żodnyj chemii. Masło było swoje robiune, czyste, naskładali my śmietany, masło my robiły. Jest taki tłuczek, to jak sie robiło masło tag jag ja w kierzance zrobiłam masła kilo. To, pani, jak pani takim masłym posmarowała chlebek, i położyła sobie serka czy gzicy, bo gzica to. A jeszcze robili ze sera takie gumółki, nu, łokrągłe jak punczki, tylko wiy?ksze. Bo na ser mówili gzica dawno.
– LG: Albo mlekiem, albo śmietaną trza było rozrobić ten ser. Dobrze go tak rozmiyszać, i do tego jeszcze można było dodać cebulki, i to take było jak mocno gęsta śmietana. To była gziczka.
– RP: Gzica, gzica mówili. Placki piekli na blasze z ciasta, takie na blasze, goły, na blasze. Jo to tag lubiałam te placki jag nie wiym.