Instytut Różnorodności językowej Rzeczpospolitej

O pieczeniu chleba


Nagranie:
Wanda Decyk-Zięba

Przepisanie:
Wanda Decyk-Zięba

Opracowanie:
Monika Kresa

Informatorka:
Honorata Koroś – urodzona w 1928 roku w Księżyźnie (dziś część Mrozowej Woli); po wyjściu za mąż mieszka w Zieleńcu; wspólnie z mężem prowadziła gospodarstwo rolne

Transkrypcja

No, to chleb jak sie pjekło, to sie pjekło nie od razu. Tylko kolejno. Była zakwaszona dzieża i trzeba było trochy zostawić zakwasu na dnie. I późsie rozczyniało i sie zostawjało. Sól sie sypało, no i łon mjał kwas z tego zakwasu i trochy moŋki i ciepłej wody. I to czszeba było rozmjeszać, rozmjeszać i zostawić. Przykrywało sie czemś do wyrosnięcia. To sie zakwasiło, zaczęło rosnąć, już takie bulbonki występowały, ta pianka, no to wtedy muŋkę sie sypało i sie, a jak to to ciasto wyrosło, to sie przyczyniało i znów sie zostawiło. Chiba tak, jagby nie pozapominala. I ten, i znów po przyczynieniu to sie znów, znów zostawiło i ono jeszcze troszke podrosło. A później sie robiło bocheneczki, czy muŋko podsypywało, czy na chrzanowych liściach. I sadzało do pjeca. Na zakwasie.

Bo robili i z kartoflamy chleib, kładli kartofle. No, ale to już wyjountek, no i w ogóle. Tam komu sie podobał. Kiedyś jak Żydzi chodzili po wsiach, to oglondali ten chleyb, jak ktoś ich częstował, czy nie z kartoflami, bo wie Pani, czego sie bojeli? bojelie kedyś byli wielodzietne rodziny, to krasili w garku. I kartofle kraszone, a oni sie wystrzegali wieprzowiny.

Pjec musiał być napalony. Napalony pjec był. Póziej sie wygarniało węgielki takiem kosiorkiem i jeżeli szło nie w blaszki, tylko szło na tak był wymurowany cegiełkamy, wymurowany, to jeszcze takie było pomjotło, tak zwane, to sie maczało w wodzie i sie ten popiół wszystek wygarneło, wygarneło i sie sadzało na te tak zwany polep, a w blaszkach tylko sie węgielki.

U babci to był taki pjec na kouminie, był taki duży wór i na kominie były drzwiczki take, ściana. I tam sie sadzało przez komin, do tego pjeca. A to był taki pjec, że po ćwartce muŋki można było upjec, sześć blaszków czy sześć, osiem bocheneczków mjejszych. To myśmy właśnie tak pjekli. To tak jak nasz było dziewjinć zabudowań na Księżynie, to sąsiadki przychodziły, pożyczały po bochenku. A później tośmy se odbjerały. To mjeliśmy na dwa tygodnie tego chlebka. Bo tak od razu to sie nie opłaciło po troszku pjec.

Jak przyszłam to tesz jeszcze chleb pjekłam. Tylko, że tutaj był pjecyk, jeszcze do dziś jest, pod kouminem. To też tu chlebek pjekłam, chociasz nas było dwoje, ale już tak w mniejszych ilościach. Później były te sześdziesiątki, to z sześdziesiątki to był dobry chleybek. I tesz na zakwasie. Taki śwjeży chleybek ta tak z serkem, z mlekem. To było najlepsze jedzenie.

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.