Leciało sie do lasu, takie były, cienkie chrusty rosły, tak zwano, psinka tak zwano, takie cinkie, cinkie jak palec. I jeśmy grodzili, tak wyplatali se tyn płot, potem już były takie żerdzia, już takie sztachetki, już troszeczke lepsze te płoty były, mocniejsze, długotrwałe. Kto miał dużo uli, no to, to było pożyteczne. Dzieci sie przeważnie, jag już sie chlebek posmarował, miodem, to już po prostu na niedziele, to już było bardzo dobrze, bo tego miodu tak dużo nie było jak dzisiaj, bo tak nie było możliwości, nie było takiej znajomości z tymi, z tymi pszczółkami.
Przeważnie nie było takich sz’lachetnych drzew jak teraz, ale, ale to jabłuszko jakie by nie było, takie by nie było, tam se każdy trzymał, żeby na zime sobie zostawić te późniejsze odmiany.
No len to był już taki pospolity, bo początkowo to jak ktoś nie siał lnu, to by musiał prawie, tak jakby nago chodzić, no bo trza było ten len zasiać, obrobić, wymoczyć. Późnij go tam tak, jak to sie to mówi, łamali, czyścili. Te, nie pakuły, tylko len tak tak tego i to trzeba było prząś na nici i kobiety były też takie zdatne, fachowe, co takie były ręczne warstaty. Ręczno tak to przędli potem, potem robili z tego taki towar, ja jeszcze sam chodziłem po wojnie. Zacym, zacym się doszło, żeby z tego buł materiał, to trza było sie długo naczekać.
Najpierw zasianie, później pielonka, bo nie było tych oprysków, tego, tych chwastów. Trza było czyściutko mieć, bo później trza było moczyć tyn len, wyrywać, moczyć, żeby był, żeby wyszet z tego towar. No i późnij krawcowa już miała materiał jak trza.